EWA PODRÓŻUJE

O mnie

Ewa Klęk - ewa podrozuje


Poznajcie moją podróżniczą historię
– Ewa  Klęk

Zdjęcia wykonane na jednej z plaż Phuket, Tajlandia

ewa klek - ewa podrozuje

Kiedy byłam małą dziewczynką…

Rodzice zabierali mnie i starszą o dwa lata siostrę na wakacje. Naszym najczęstszym kierunkiem była północ Polski. 
Morze Bałtyckie było niesamowite, bo odróżniało się od naszego codziennego życia w otoczeniu gór Beskidu Śląskiego w małej miejscowości Kończyce Wielkie. 

To dzięki Rodzicom poznałam piękne polskie plaże i doświadczyłam odświeżającej bryzy morskiej.
Pokazali mi też piękno gór. Pamiętam wyprawę do Słowackiego Raju i wspinanie się po łańcuchach, które wydawało mi się wtedy ekstremalnym wyczynem.

Z moich młodzieńczych wypraw największy wpływ miała na mnie wycieczka… do Krakowa. W pewien słoneczny weekend Rodzice zabrali nas do odległego od prawie 150 km miasta Królów Polskich. Tamtego dnia powiedziałam im, że kiedyś właśnie tutaj będę studiować. 

Od tego czasu minęło dobrych kilka lat… Nadszedł czas wyboru studiów, poszukiwania uczelni i porównywania ofert poszczególnych miast. Szczerze  mówiąc, nie mogłam sobie wyobrazić studiowania gdziekolwiek indziej. Z ogromnym wsparciem zarówno Rodziców jak i siostry spełniłam swoje marzenie o studiach w Krakowie! 

“Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki.”

 Więcej o marzeniach możecie przeczytać we wpisie Marzenia: 7 inspirujących myśli

 

A na studiach…

moje podróże nabrały zupełnie innego wymiaru. Dotąd znałam jedynie transport lądowy (samochód, autobus, pociąg) i morski (rejsy statkiem, wodolotem czy promem). Na drugim roku studiów pierwszy raz w życiu wsiadłam do samolotu. Kierunek – Barcelona. Cel – półroczny program wymiany studenckiej ERASMUS.   Jak możecie sobie wyobrazić nabrałam apetytu na więcej. Z nowo poznanymi studentami z różnych zakątków Europy zwiedziliśmy Katalonię. Wybraliśmy się także na wycieczkę samochodową do Kraju Basków. 

Pierwszy powrót do Krakowa nie należał do najłatwiejszych. Rozważałam przedłużenie pobytu o kolejny semestr, ale mogłam nie dostać stypendium i wtedy byłoby bardzo ciężko pogodzić mi studiowanie z zarabianiem na życie. Także pożegnałam się z Barceloną i wróciłam do Krakowa.  Ale nie na długo..

Zaczęłam się rozglądać…

za kolejnym kierunkiem. Do dzisiaj nie rozumiem dlaczego tak bardzo ciągnęło mnie do Ameryki Południowej. Uczyłam się języka hiszpańskiego i wydawać by się mogło, że to logiczny kierunek. I tak i nie. Tak, jeśli wybrałabym się do dowolnego kraju, byle nie Brazylii. Bo przecież w Brazylii językiem urzędowym jest portugalski. A ja właśnie z całego serca zapragnęłam polecieć właśnie tam! (Znowu) z pomocą najbliższej Rodziny, zrealizowałam swoje marzenie. Spędziłam prawie 3 miesiące w stanie Rio de Janeiro w ramach programu wolontariackiego organizacji non-profit. 

A że prawie każda podróż się kiedyś kończy i ta dobiegła końca. Wróciłam na studia do Krakowa – to był już mój 4-ty rok.
I wiecie o czym myślałam? O tym, żeby znowu wyjechać!

Na moje szczęście zmieniły się zasady programu ERASMUS i mogłam wyjechać jeszcze raz, tym razem na studiach magisterkich. Bazując na swoich poprzednich doświadczeniach zdecydowałam się na cały rok z góry! Jeszcze raz do Hiszpanii, jednak trochę dalej – do południowej Andaluzji. Była to świetna baza wypadowa do kolejnych podróży, zarówno wewnątrz Hiszpanii jak i do Lizbony oraz na Gibraltar. Rok minął, a ja znowu pakowałam walizki wracając do Krakowa.  Nie miałam żadnych różnic programowych do nadrobienia, także wystarczyło napisać i obronić pracę magisterską. Tak też zrobiłam.

Wróciłam na kilka miesięcy… 

do rodzinnego domu. Powoli zaczęłam szukać swojej pierwszej etatowej pracy. Szukałam zarówno w okolicach Cieszyna jak i Krakowa. Jeździłam na rozmowy sypiając na kanapie u znajomych, którzy godzili się mnie przenocować. Czasem jechałam do Krakowa ponad 3 godziny busem, żeby pójść na rozmowę i zaraz po niej wracać kolejne 3 godziny do domu. I tak jakiś czas bez efektów. W końcu dostałam swoją pierwszą pracę. Moja historia zatoczyła koło i wprowadziłam się ponownie do Krakowa. 

Moja oszczędnościowa natura sprzyja podróżowaniu, z czego jestem bardzo dumna. W ciągu pierwszego roku mojej pracy byłam aż 3 razy na tygodniowych, zagranicznych wakacjach – poznałam Majorkę, Teneryfę i Cypr.  Dla mnie było to wtedy bardzo dużo i bardzo mnie to kręciło!

 

 Później zdecydowałam się na…

na zakup swojego pierwszego mieszkania. Niestety to ostudziło mój zapał podróżniczy. Nieważne jakbym oszczędzała, nie dało się mieć wszystkiego. Czasem zastanawiam się jak w ogóle udało mi się ogarnąć to mieszkanie. 

Możecie się domyślać, że mieli w tym udział moi najbliżsi 🙂

 A niedługo potem…

 poznałam chłopaka, który później miał zostać moim mężem. Zaczęliśmy podróżować razem. W ciągu dwóch lat odwiedziliśmy Turcję, Maroko, Irlandię, Danię, Włochy, Francję i Czechy. Podróżowaliśmy także po Polsce. Pojechaliśmy w Bieszczady i Góry Stołowe. Odwiedziliśmy Dolinę Krokusów i wspięliśmy się na Szpiglasowy Wierch – mój pierwszy dwutysięcznik. I to tylko część rzeczy, jakie wspólnie zrobiliśmy. 

 

Zdecydowaliśmy się zaręczyć. Początkowo wymyśliłam koncepcję na podróż narzeczeńską – od lat marzyłam od odwiedzeniu Tajlandii i pomyślałam, że to dobry moment. Na skutek naszych decyzji Tajlandia stała się naszą destynacją na podróżą poślubną.

 

Mój pierwszy w życiu taki długi urlop – aż 3 tygodnie bez pracy na etacie. Każde z nas założyło, że wykorzysta ten czas także na przemyślenia. Na określenie dalszego kierunku naszego wspólnego życia. Na wyznaczenie indywidualnych celów, które każde z nas będzie realizować w swoim zakresie.

“Szczęście to współdzielenie i współzależność, czyli świadomość, że działamy w relacjach wymiany z otoczeniem.”

 Więcej cytatów znajdziecie w artykule  Szczęście na 9 sposobów – inspirujące myśli

Właśnie z moich przemyśleń zrodził się…

 pomysł na tego bloga. Moją pierwszą burzę mózgów nad nazwą strony zrobiłam w samolocie na dystansie Chiang Mai – Phuket. Z całej listy pomysłów, to właśnie Ewa podróżuje przemawiała do mnie najbardziej. Ekscytowałam się na myśl o takiej domenie i czułam, że właśnie taką chcę kupić. 

 

Kupiłam domenę i skonfigurowałam bloga. Założyłam stronę na Facebooku i odświeżyłam Instagram. I tak oto znowu mam swoje miejsce w sieci, w którym Wy możecie uczestniczyć – czytając, komentując, obserwując, lajkując, posyłając dalej i co tam jeszcze chcecie.

 

 

Nazywam się…

Ewa Klęk. Mam 28 lat (stan aktualny do września 2020 r). Mieszkam i pracuję w Krakowie. To tutaj planuję swoje podróże i stąd rozpoczynam wyjazdy.

 Witajcie w moim miejscu w sieci! Składają się niego następujące elementy: